Jeśli ktoś lubi wyzwania, polecam zagranie w tę grę. Nie znałam jej wcześniej, ale teraz już wiem, że będę do niej wracać. Pomysł jest prosty - rycerz wraca do swojego króla, który oczekuje go niecierpliwie na zamku. Droga jednak nie jest łatwa, a prowadzi przez cztery plansze. Ukoronowaniem pierwszej planszy jest spotkanie z czarodziejem i nasza przemiana w żabę. W planszy drugiej właśnie jako żaba jesteśmy w podwodnym świecie i udajemy się do Neptuna, by nam przywrócił ludzką postać. Następnie droga prowadzi przez trzecią planszę, podobną wizualnie do planszy pierwszej, prosto do zamku, ten zaś jest planszą czwartą, ostatnią.
Zanim dotrzemy do naszego króla, napotykamy na naszej drodze przeróżne stworki, ptaki, jadowite rośliny, zwierzęta, ryby, a nawet duchy straszące na zamkowych korytarzach. W każdej planszy zabieramy jedną rzecz: ogień, który nie parzy, zwierciadło mądrości, eliksir życia oraz głos innego świata. Wszystkie te przedmioty zobaczymy raz jeszcze na końcu gry, kiedy okaże się, że cała nasza wędrówka była jedynie snem. W naszym pokoju będzie więc żarówka, telewizor, cola i telefon.
Obok dobrej zabawy dodatkowym plusem gry jest muzyka wykorzystująca motyw piosenki "Greensleeves", której autorstwo przypisuje się królowi Anglii, Henrykowi XVIII. Tak więc gra Camelot Warriors warta jest tego, by w nią zagrać, a potem do niej wracać i zmagać się z przeszkodami w naszej drodze do króla i do przebudzenia.
Zobacz także:
Camelot Warriors
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Rycerz z Camelotu.