Wojna Dwóch Róż toczyła się w latach 1455—1485. Choć formalnie dotyczyła sporu o tron między dwoma liniami dynastii Plantagenetów — Lancaster i York, w rzeczywistości była to wojna między zwaśnionymi rodami możnowładców o wpływy na dworze, tropem tym poszli autorzy Kingmaker'a, dlatego gracz nie wciela się ani w walczącego o zachowanie tronu króla Henryka VI, ani w Ryszarda, księcia Yorku (czyhającego na ten tron). Nasz udział ogranicza się do dowodzenia jednym z magnackich stronnictw, zaangażowanych w wojnę. Walczymy o miano tytułowego "Królotwórcy", musimy więc za wszelką cenę doprowadzić do koronacji naszego kandydata. Jego osoba nie ma znaczenia — musi tylko reprezentować jeden z dwóch rodów królewskich.
Aby jednak koronacja doszła do skutku należy pamiętać o wyeliminowaniu ewentualnych konkurentów. Formalno—techniczne aspekty koronacji wymagają ponadto posiadania w swoich szeregach arcybiskupa, w ostateczności dwóch biskupów.
Nie jesteśmy osamotnieni w tak ambitnych zamiarach, w całej Anglii nie milknie szczęk broni. Szlachta stawia się licznie na wezwania książąt, lordów i hrabiów. Pracę znajdują także bardzo popularni wtedy najemnicy.
Strategia wojskowa prezentuje się w grze raczej blado. Oddział każdego rycerza posiada stałą liczbę jednostek bojowych. Jak w dziecinnej grze karcianej "w wojnę", o zwycięstwie decyduje tylko stosunek między dwoma liczbami. Chociaż mamy opcję umożliwiającą bezpośrednie zaangażowanie się na polu bitwy, tak jak zrealizowano to wcześniej w grze Centurion, to jednak w Kingmaker rozwiązanie to odznacza się niską funkcjonalnością. Działania wojenne można wprawdzie urozmaicić o łączenie się oddziałów, obronę w zamkach oraz tych zamków obleganie, ale nie łagodzi to ogólnego uczucia niedosytu.
Jest tak może dlatego, że ogólna rozgrywka w "Kingmaker" powinna bardziej przypominać partię szachów, gdzie wygrywa ten, co da mata przeciwnikowi, a nie warcaby, gdzie do zwycięstwa konieczne jest zbicie wszystkich pionów wroga.
Kingmaker opracowano w zgodzie z tak zwanymi "realiami historycznymi". Podległe nam rycerstwo obsypujemy różnymi tytułami i urzędami, co zwiększa jego siłę, jako że wiąże się to z oddaniem pod ich komendę dodatkowych oddziałów. Klimat epoki tworzą zdarzenia losowe: dżuma dotyka miast i zamków (z wiadomym dla ich mieszkańców skutkiem), powszechne wtedy bunty chłopów odrywają od Wojaczki szlachtę, najemnicy udają się na zasłużony urlop...
Grafika jest ciekawa i urozmaicona. Skomplikowaną mapę gry opracowano po prostu... fajnie. Nie przypominam sobie drugiej takiej gry (jeśli chodzi o plansze dwuwymiarowe). Natomiast to, co naprawdę wprawia w osłupienie — to dygitalizowany ludzki głos, jakim Kingmaker obdarza nas z Sound Blastera. Wzbogacone jest nim nie tylko (choć przede Wszystkim) intro i extro, ale i niektóre wydarzenia w samej grze.
Zwolennik gier strategicznych, mimo wszystko, nie powinien tej pozycji pominąć.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Królotwórca.