Wydaje się człowiekowi, że widział już wszystkie dziwne rzeczy, jakie mogły pojawić się na naszym umęczonym rynku, aż tu ni z tego ni z owego zaskoczenie spada na niego niczym grom z jasnego nieba. Piorunem kulistym owym jest w tym przypadku gra o wdzięcznej nazwie Metal Kombat. Przyznacie, że wszelkiej maści "KOMBATÓW" było ci u nas ostatnio dostatek - muszę więc przyznać, że pojawienie się kolejnej gry zawierającej ten człon w nazwie powitałem z pewnym powątpiewaniem.
Pomijamy opcję o nazwie STRZELNICA - jest to nie mająca związku z grą (dodana chyba tylko dla zapchania miejsca na dyskietkach) strzelanina w stylu Operation Wolf. Wybieramy napis AKCJA i... szczęka opada. A ja myślałem, że AMOS odszedł w mroki niepamięci. Nic bardziej błędnego! On nadal tu jest i czuje się nieźle. A więc jak wygląda gra?
Jest powolna, z marną grafiką, prawdziwie amatorska. Jeżeli jeszcze przypomnimy sobie, że mamy do czynienia z bijatyką, to sprawa wygląda jeszcze gorzej - gra nie posiada prawie żadnych cech charakterystycznych dla tego gatunku - nie uświadczysz tu ani błyskawicznej akcji, ani dużych postaci zawodników czy też nawet szerokiego wachlarza ciosów (czyżby zaprogramowanie w AMOSIE np. sekwencji dół, dół, góra, fire graniczyło z niemożliwością?). Wziąwszy pod uwagę, że bohaterami gry są walczące roboty, nasuwa się skojarzenie z Rise of the Robots. Nasuwa i równie szybko znika.
Kiedy tylko minął pierwszy szok i człek ten uwierzył własnym oczom, zdumiony wyszeptał: „O Boże, a więc to wydali!" Ano wydali, niestety.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji MK.