To, że jestem tylko bohaterem komiksów strasznie mnie wkurza. Jak można kogoś tak ograniczyć? Zamknięto mnie w stu ramkach tygodniowo i wszyscy myślą, że czuję się wspaniale. A co gorsza jestem ubezwłasnowolniony. Nikt nie liczy się z moim zdaniem i graficy słuchają jakiś durnych scenarzystów. Czasem mam wrażenie, jakbym był w kaftanie bezpieczeństwa.
Koniec z tym! Dziś rano obudziłem się z myślą, że nareszcie przyjdzie odmiana. Fajnie — pomyślałem — i co z tego? Poszedłem zrobić sobie kilka grzanek. Nie dałem rady, bo w plecy wbiła mi się strzała z wiadomością od szefa: Czekam na Ciebie o ósmej, Chief. No cóż — zawsze był małomówny.
W życiu bym do niego nie zdążył gdyby rysownicy nie zaopatrzyli mnie w helikopter. Dzięki niemu punktualnie znalazłem się przed sklepem części zapasowych dla zwierząt domowych i jednocześnie biurem szefa. Przywitał mnie jak zwykle, załatwił ostatniego klienta i bez bawełny przeszedł do rzeczy, pytając a propos ostatniego numeru Timesa:
— KEENE, HAVE YOU SEEN THIS WEEK'S TIMES?
Spojrzałem na niego jak nieświeży. Pierwszy raz usłyszałem ten tytuł. Dlatego tylko intuicja pozwoliła mi poprawnie i zgodnie z oczekiwaniami odpowiedzieć na pytanie dotyczące tematu dnia - porwania słynnego Noblisty-profesora Farada:
— PROFESSOR ZORON FARAD, THE NOBEL PRIZE WINNER
Boss wydawał się usatysfakcjonowany, lecz moja przenikliwość rzuciła go na kolana:
— I BET HE WAS KIDNAPPED ON TUESDAY — stwierdziłem pewnym głosem i dodałem po chwili:
— CAN I HELP CHIEF?
Z lawiny wypowiedzi wyłowiłem najważniejsze szczegóły. Profesor Farad wpadł najprawdopodobniej w ręce komunistów albo video dżokejów. Mam lecieć do Wiednia, do starego laboratorium profesora. Pomysł był tak sczerstwiały, że stwierdziłem jedynie z politowaniem:
— THE OLD PROFESSOR'S LAB! GREAT IDEA CHIEF!
To, że zrobił się czerwony nie przeraziło mnie tak bardzo jak to, że sięgnął ręką w kierunku unicestwiacza. Papierowego manekina zabić jest łatwo. Wykorzystałem więc the last szansę i rzuciłem:
— HEY, FORGET i MENTIONED IT!
Udało się, dzięki czemu zamiast na makulaturze znalazłem się w Wiedniu, pod laboratorium poszukiwanego. Odrzuciłem pociągający pomysł włażenia oknem i skierowałem się na lewo, w kierunku drzwi. Zobaczyłem tam dziwnego robota, który gadał jak człowiek a w dodatku żądał identyfikacji odcisków palców oraz przedstawienia się. Po chwili namysłu rzuciłem mu kit:
— IT'S HANDY JACK WITH THREE QUARTS OF OIL THE PROF. ORDERED.
Wewnątrz w uszy biła cisza a w oczy pustka. Skradając się przy ścianie doszedłem do załomu muru, zza którego ujrzałem rewelacyjnego robota. To znaczy, ten robot-odkurzacz byłby całkiem normalny, gdyby nie czynność jaką wykonywał. Chciał on mianowicie zjeść człowieka. Nie mogłem na to pozwolić i zdecydowałem:
— I'VE GOT TO SAVE HIM!
Tak też się stało. Używając kości goryla oraz osobistego noża zarąbałem odkurzacz na śmierć. Uratowany gościu jąkał się dziękując. Widać nigdy tego nie robił. Na szczęście dla mnie dał mi bilet na spektakl do opery i dzięki temu nie musiałem się martwić o wypełnienie reszty dnia.
— WELL, MY HAND'S STUCK TO MY CHIN.
Początkowo żałowałem, że tam poszedłem. Było nudno, śpiewaczka fałszowała a kobiety nie zwracały na mnie uwagi. Dopiero po trzecim akcie zauważyłem podejrzliwie wyglądającą damę, która z wielkim zainteresowaniem przyglądała mi się. Postanowiłem łapać się byle okazji i gdy nastąpił upragniony koniec, zaprosiłem ją na romantyczny spacer pod gwiazdami:
— LET'S GO FOR A RIDE IN MIDNIGHT.
Zgodziła się bez oporów, co zrozumiałem dopiero wtedy, gdy zaprosiła mnie do pokoju. Nie rozebrała się. Po co miałaby to robić, skoro zaraz po wejściu dostałem pałką w głowę?.
Ocknąłem się na drążku, jednym z wielu połączonych ze sobą. Nie zdążyłem sprawdzić możliwości ucieczki, gdy moja wczorajsza towarzyszka przyszła na konwersację. Głupia baba myśląc, iż moje godziny są policzone zdradziła mi, że profesor jest ukryty w Irlandzkim zamku.
Głupia baba. Nie wzięła pod uwagę mojej pomysłowości. Jako dziecko bawiłem się w Climbera. Dlatego też bez kłopotów odnalazłem na rusztowaniu z belek pięć kluczy i zupełnie nie przejmując się Harrym - rekinem pływającym pode mną, wyszedłem sobie na wolność. Mając jeszcze w pamięci swoją wczorajszą pomyłkę postanowiłem:
— I THINK I WILL BOOK A FLIGHT TO IRELAND.
Pierwszą rzeczą na lotnisku był oczywiście zwiad w informacji about zamków:
— DO YOU HAVE ANY INFO ABOUT CASTLES?
Dalsze wydarzenia, łącznie z wesołym dziadkiem z Ameryki były nieistotne. W zamku odłączyłem się od wycieczki a mając do wyboru drzwi lub okno, ponownie zdecydowałem się na drzwi. Wylazł szczerzący się i na dodatek duży pies, ale wiedziałem jak go załatwić:
— I SAW A CUTEST POODLE OUTSIDE.
W korytarzu poszedłem w prawo. Czekał mnie sprawdzian: Swimmer. Trzymając się tylko przy powierzchni (od małego nie lubię żółwi), chowając za załomami przed elektrycznymi rybami, nabierając powietrza w matowych dziurach przepłynąłem całość nie nasiąkając nawet wodą. Wreszcie dotarłem do celu podróży. Tak mi się przynajmniej zdawało.
Kierunek obrałem przypadkowo, drabinka zdawała się po prostu najbezpieczniejszą. Zanim na nią wszedłem, dorwał mnie goryl ze służbówki. Oszustwo przyszło mi łatwo:
— A MAP AND SOME SKELETON KEYS. HERE IS MY COUPON.
Gdy ten spojrzał do wręczonej przeze mnie teczki, dostał ode mnie pięścią. Raz wystarczyło. Sprawdziłem na planie miejsce uwięzienia profesora i wmaszerowałem do jego celi ze słowami:
— PROF. FARAD I'M STEVE KEENE, I'M HERE TO RESCUE YOU.
Farad to kopalnia informacji. Powiedział mi, że rakieta ma być sztucznym satelitą piratującym programy TV. Nie mogłem do tego dopuścić.
— PROF. WE'VE GOT TO FIND THE COMPLEKS'S POWER SUPPLY — zdecydowałem, a gdy byliśmy już na miejscu uznałem, że nie będę używał przełącznika: — I THINK I WILL LEAVE IT ON.
Po harcersku wyjąłem po prostu wtyczkę z kontaktu i poszedłem obejrzeć sąsiednie pomieszczenie. Czekała mnie teraz rozprawa z głównym Chamem.
Na początek zaserwował mi spacer po kręcących się belkach — Conveyor Beit. Nie było to trudne, jeśli pamiętało się, że skakać można tylko „z prądem". Na pojedyncze kółko dostałem się lekkim skokiem a mocnym odbiciem z niego znalazłem się prawie u mety.
Wężowi było mało — drugi sprawdzian o nazwie Rail Car był już trochę trudniejszy. Pozornie trzeba wjechać tylko trzy piętra do góry, ale zapadająca się podłoga nie była przyjemna. Na koniec gadzisko miało jeszcze coś — Bomber. Używając parasola musiałem tak kierować bomby, aby te zniszczyły murek, na którym stał Cham. Niebezpieczny był też psopodobny stwór atakujący mi nogi.
Potem było już z górki. Cham spadł na ziemię, potłukł się sowicie i przestał być znaczący. Profesor wprowadził mnie do sekretnego pomieszczenia, gdzie uruchomiłem mechanizm samozniszczenia całej jaskini. Potem pobiegliśmy do latającego samochodu i...
znowu poczułem się jak w komiksie. To oczywiście jasne dlaczego. Ten małolat co mnie przeglądał znudził się widocznie i zamknął książkę. A teraz chrapie jak głupi i myśli, że mi to nie przeszkadza. Nic nie poradzę, ani na jego chrapanie, ani na urwany wątek. Jeśli chcecie dowiedzieć się co było dalej, to fajnie. Trzymajcie się!
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Solucja.