Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w ciszy i skupieniu „przećwiczyć" z komputerem najrozmaitsze warianty rozwoju sytuacji na świecie. Tę szansę daje nam gra „Balance of Power" napisana w roku 1985 przez amerykańskiego programistę Chrisa Crawforda.
Jest to odbicie starego podziału na „Wschód i Zachód". Dwuwymiarowy świat podzielony na strefy wpływów amerykańską i radziecką, żyjący w cieniu atomowego grzyba. Gracz może wcielić się w rolę Prezydenta Stanów Zjednoczonych lub Genseka z Kremla i walczyć z przeciwnikiem o rozszerzenie własnej strefy wpływów.
W zależności od poziomu, na którym toczy się rozgrywka, dysponujemy różnymi „narzędziami" — od prymitywnej „braterskiej pomocy" pięciu tysięcy „doradców" i dotacji dla „zaprzyjaźnionych" rządów po morderstwa polityczne, naciski dyplomatyczne, wspieranie politycznych dysydentów i zamachy stanu.
Pełna paleta otwiera się jednak tylko dla amatorów gry na poziomie „Horror", gdzie najmniejszy błąd powoduje pojawienie się napisu informującego, że właśnie zmieniliśmy się w radioaktywny pył.
Przed podjęciem decyzji gracz ma możliwość uzyskania dodatkowych informacji o kraju, w którym zamierza działać w celu poprawienia własnego autorytetu. Komputer informuje go o stopniu poparcia, jakim się cieszy jego kraj, charakterze rządu, sile militarnej, opozycji, pomocy gospodarczej itp.
Można zerknąć do informacji prasowych i z nich dowiedzieć się o kolejnych posunięciach przeciwnika. Dane te są dostępne po otwarciu odpowiednich „okien". Podobnie rzecz się ma z wydawaniem poleceń o kolejnych posunięciach.
Jak zatem należy grać?
O wiele łatwiej przebiega gra, gdy wcielimy się w postać Sekretarza Generalnego KPZR, wystarczy być twardym, nie oszczędzać pieniędzy na pomoc dla sojuszników i wysyłać wojska, gdzie jest to tylko możliwe — najlepiej do krajów afrykańskich. Na najniższych poziomach „Strategia Białego Niedźwiedzia" sprawdza się znakomicie. Na wyższych powinniśmy być bardziej elastyczni.
Rola Prezydenta Stanów Zjednoczonych jest o wiele trudniejsza. Zwiększenie wpływów USA na świecie wymaga większej finezji, szczególnie, gdy przeciwnik radziecki jest zdecydowany na wszystko. Jestem zdania, że najlepszy nawet opis nie zastąpi przyjemności wynikającej z samego grania.
To nie jest gra dla „łamaczy joysticków", raczej dla szachistów skupionych nad skomplikowanym problemem. Uboga grafika i prawie brak oprawy muzycznej nie przeszkadza w grze. Liczy się ogrom informacji o świecie, jego skomplikowanych problemach i satysfakcja w chwili, gdy stwierdzimy, że rozgrywka dobiegła do końca, a świat jest taki jakim był.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Równowaga Sił.