Nie wiem, czemu ta gra została bestsellerem 1992 roku, a może tylko ją tak okrzyknięto. Zjadła mi 18 MB twardziela i jest niezbyt udaną mieszanką WING COMMANDERA, WOLFENSTEINA i DR. BRAINA. Jedyne walory mogące przyciągnąć do INKI, to niesamowicie wycyzelowana grafika i świetne efekty dźwiękowe
Gra oparta jest na mitach towarzyszących historii cywilizacji Inków i nie jasnych sugestiach o jej pozaziemskich związkach. Wprowadzając te elementy, INCA bardziej gmatwa niż rozjaśnia historię Inków i jest zagadkowe, dlaczego tak nieedukacyjną grę firmuje SIERRA (producentem jest COKTEL VISION).
W skrócie Aby zostać Incą - znów wieloznaczność - trzeba znaleźć i zdobyć trzy szlachetne kamienie. Ukryte są one w labiryntach miast na różnych planetach, do których trzeba dotrzeć statkiem kosmicznym o wyglądzie pojazdu Daihatsu Charade.
Po przedarciu się przez pas meteorytów i zniszczeniu kilku statków niezidentyfikowanego przeciwnika w wąwozie planety o zabudowie Gwiazdy śmierci z Gwiezdnych Wojen, następuje część logiczno-labiryntowa Przy wejściu do labiryntu trzeba jeszcze ściąć laserem czterech intruzów i już można delektować się zagadkami. Polegają na dopasowywaniu najmniej pasujących elementów do dziur i wgłębień w ścianach i kolumnach. Przeważnie otwierają się wtedy ukryte drzwi i można pobrać za zaliczeniem następny element tej monstrualnej łamigłówki.
Po odnalezieniu pierwszej szlachetnej kulki, trzeba jeszcze ją bezpiecznie dowieźć do bazy. Oczywiście, po drodze czyhają wilcze stada stateczków kosmicznych. Potem jest jeszcze gorzej.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Inki.