Bicz, kapelusz i szelmowski uśmieszek. Któż inny by to mógł być niż Indiana Jones? Na fali popularności filmów powstało wiele egranizacji produkcji, a jedną z nich jest Indiana Jones and the Temple of Doom.
Od razu na wstępie zaznaczam, że gra jest diablo trudna. Pomimo wielu prób nie udało mi się przeprowadzić Indianę przez całą świątynie (choć byłem blisko). Możliwe, że właśnie to oraz dość nieintuicyjne sterowanie są przyczynami średnio pochlebnych opinii tej gry. Sterujemy postacią w widoku od góry, wciskając przycisk odpowiedzialny za skok Indiana skacze w dół, natomiast gdy dodatkowo przytrzymamy strzałkę w górę, wtedy skoczy do góry. Ten element jest niestety odpowiedzialny za ogromną ilość niechcianych skoków w dół, a często również przypadkowego i bezsensownego utracenia życia. Gra ma dosyć ciekawą konstrukcję. Każdy poziom dzieli się na dwa etapy. Różnią się tym, że na pierwszym mamy zazwyczaj maszerujących przeciwników uzbrojonych w broń białą, a na drugim mamy wózki kopalniane jeżdżące po torach (w późniejszych etapach w nich również występują przeciwnicy – ale nigdy pieszo, zawsze w wózkach). Szczególnie na etapie z wózkami akcja nabiera tempa, jednak tam też najczęściej zdarzają się niepotrzebne i frustrujące śmierci. Etapy się zapętlają, co znaczy, że jeżeli będziemy szli ciągle w prawo to po jakimś czasie zrobimy kółko i wyjdziemy z lewej strony (to samo góra-dół). Naszym celem jest znalezienie klucza na jednym etapie (obojętnie którym), który pasuje do specjalnych drzwi na drugim. Jest to ciekawe zagranie, które wymusza odwiedzenie obu etapów. Istnieją również tajne przejścia, do których możemy się dostać wysadzając ścianę w odpowiednim miejscu.
Odkrywanie kolejnych etapów sprawiło mi wiele przyjemności, pomimo denerwujących wad. Jest to jednak gra dla cierpliwszych fanów Indiego.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Indy i świątynia zagłady.