Rex Nebular and the Cosmic Gender-Bender

Rex Nebular and the Cosmic Gender-Bender
Producent i rok wydania:
MicroProse Software 1992
Platforma:
PC
Porady:
Pobierz grę
(10.357 MB)

Ocena: ( 9 / 10 )
12345678910

Głosów: 2 Pobrano: 19 razy.

Zaloguj się, aby ocenić grę!
Nie masz konta? załóż je!
Gra przygodowa, w której gracz wciela się w postać awanturnika, który poszukuje skarbu. Celem gry jest odkrycie tajemnic kosmicznych i zdobycie bogactwa.
Rex Nebular and the Cosmic Gender-Bender:  Rex Nebular and the Cosmic Gender-Bender:  Rex Nebular and the Cosmic Gender-Bender:
Kod/Tips: Uruchomienie tej gry z następującymi parametrami: mainmenu.exe -w:1 lub mainmenu.exe -w:2 bądź też mainmenu.exe -w:3 pokazuje różne... Więcej >>>

Recenzja - Przygody Rexa

Przygody Rexa

Wysyłanie kogokolwiek na taką akcję to czyste łajdactwo. Rex wiedział co robi. „Wiesz, mam na karku Lolitę, ona nie lubi jak na długo znikam" i takie inne gadki szmatki. Cwaniaczek. „Polecisz, znajdziesz jakąś tam wazę i przywieziesz ją temu bydlakowi......Pożyczę ci mój statek, weźmiesz 80% gotówki, OK?". Byłem cholera bez grosza, a Małolata jest dość kosztowna, więc zgodziłem się — nieopatrznie. Ale po kolei.

Znalezienie planety było łatwe — nawet ciut za bardzo. Kiedy podchodziłem do lądowania, jakaś bydlara wpakowała we mnie serię z lasera. Próbowałem ją wziąć na swój urok osobisty, ale gdzie tam — musiał ją bić Tatuś w dzieciństwie (jeśli go w ogóle miała, w co wątpię). Mój, to znaczy Rexa, stateczek, dał dyla w dół i plum — wpadł w wodę. Jak kamień.

Kiedy się ocknąłem, było raczej kijowo. Bryczka leżała na dnie morza, rozwalona w drobny mak, cud, że w środku nie lała się woda. Jedno co działało to sonda, którą wysłałem na powierzchnię przed próbą lądowania. Cała reszta sprzętu zdechła, albo wskazywała głupoty. „Nic tu po mnie, trza by mi na zewnątrz" pomyślałem. Zabrałem ze sobą lornetkę, sztuczne płucko (aimreather) i kilka innych drobiazgów, w tym burgera (pamiętającego czasy faraonów) z lodówki.

Na zewnątrz było gorąco. Od strzałów z jakiegoś bydlackiego lasera. Dałem nura w prawo. Potem była dziura, w której siedziało jakieś niebieskie parszywstwo i pożerało wszystko, co podpłynęło za blisko. A ja go bach, zdechłą rybką wiekowym farszem — i poskutkowało. Droga na powierzchnię stała się otworem.

Po wyjściu z dziury trafiłem na jakiś płaskowyż (albo płaskoniż). Na północ nie dało się przejść, ze względu na najgorszego paszczaka, jakiego świat widział. Brrrrr Neodertalki był przystojniejsze. Po lewo była chatka Baby Dżagi, drzewo z jakąś wredną małpą, a jeszcze dalej- sia la la! Moja perfekcyjna znajomość nowoczesnej techniki i umiejętność nakrywania stołu na odległość wywarły nieodparty wpływ na taką babkę, że cho, cho! Ech, tego mi było trzeba! Po wszystkim panienka sobie gdzieś poszła, zabrałem od niej z chatki tę ichnią gruszkę i poszedłem dalej. Nie był to najlepszy pomysł. Aż mnie zgięło. Wróciłem na płasko-cośtam, zabierając po drodze strzałki leżące w chatce Dżagi Gagi.

Postanowiłem zapolować, licząc na odebranie małpie lornetki. Przysypałem liśćmi jakąś dziurę i położyłem na wierzchu owoc na przynętę. Efekt był zupełnie nieoczekiwany, albo i nieoczekiwanie zupełny. Droga na północ stała, tym, no, wiecie (hi, hi, hi). Lornetki jednak nie miałem nadal, dopiero użycie krótkiej bojowej dmuchawy bambusowej umożliwiło zestrzelenie małpy i odebranie mojej własności. No, może Rexa. Po drodze podniosłem potężną kość — może się na coś przyda?

Na północy była budka teleportu, z której co jakiś czas wyskakiwała panienka. W pośpiechu nie dosłyszałem, jak miała na imię. Pomogła mi wrodzona przebiegłość — zobaczyłem przez lornetkę, jaki numer teleportu wystukała, zanim ją przeniosło w siną dal. Wykręciłem ten sam numerek — i dostałem się w rączki przeważających sił wroga. Następne kilkanaście minut życia toczyło się raczej bez mojego udziału, pomijając rozmowy ze skorupiakiem i panią doktor, podobną do mojej WF-menki z podstawówki. W międzyczasie bachnąłem jeszcze skalpel, korzystając z pozostawionego mi niewielkiego luzu.

Po kolejnej rozmowie z triceratopsem, albo innym gadem ruszyłem do boju. Otwory wentylacyjne miały średnicę akurat na mnie — Dżemik by się nie przecisnął, za to Naczelny — na spoko, nawet dwa razy. Znalazłem się w jakiejś kanciapie, po czym naciskając losowo wszystkie guziki (no, może bez przesady z tą losowością) uwolniłem tego z sąsiedniej celi. Takiej akcji chyba nawet angielscy kibice by nie przeprowadzili, o legionistach nie wspominając. Miałem wolną rękę — nie tylko swoją zresztą, jako że jedna ze strażniczek pożegnała się ze swoją górną kończyną. Dzięki temu odzyskałem swoje śmiecie. Inne zwłoki pozwoliły na zdobycie karty identyfikacyjnej i kredytowej. Korzystając z taśmy magnetofonowej i radiomagnetofonu dowiedziałem się, w jaki sposób można przygotować ładunek wybuchowy, mieszając ze sobą różne paskudztwa.

Łażąc po strażnicy natknąłem się na jakąś dziwną machinerię, która zmieniła mnie w kobitkę. Okazało się niestety, że bez zmiany płci nie ruszę dalej.

Przeszedłem przez skaner i zajrzałem do baru. Kupiłem pół basa i rąbnąłem techniczce listę teleportów. Nie wszystkie i nie zawsze za pierwszym razem, ale działały. Po wizycie w zbrojowni i laboratorium dorobiłem się dwóch bomb, wprawdzie nie uzbrojonych, ale gotowych. Całe szczęście, że ma się trochę wprawy w eksperymentach chem alkoholicznych. W wiosce (tej na powierzchni) namówiłem aborygenkę do oddania mi pieczonego kurczaka.

Wy teleportowałem się do miasta (już jako chłopiec), wsiadłem do samochodu i zacząłem kręcić w tę i nazad. W sklepie MachoProse znalazłem latarkę, w smażalni ryb wędkę, z której wyciągnąłem żyłkę. Tamże w kasie leżał jakiś kluczyk — dzięki niemu opuściłem łódź na ziemię. W willi (bez trawnika, ale i tak chałupa Naczelnego to przy niej rudera), otworzyłem dzięki notatce kasę i wyciągnąłem z niej kluczyk, który pasował do drzwi od wypożyczalni. Ale tam było towaru, same pornosy można by oglądać dwa lata bez przerwy! Niestety, jedyne co dało się zabrać to słuchawkę od telefonu.

Tuż obok wypożyczalni, za winkiem, spotkałem fajnego dziadka. Równy gość, jak mu dałem baterie z latarki i słuchawki odstał tak BREAK DANCE, jak Jackson albo inny czarny świrus. Dostałem od niego fałszywkę karty identyfikacyjnej, ale działającą. Dzięki niej zdobyłem już porządną kartę, jak wjechałem windą na górę. Przywiązałem żyłkę do haka, żeby na niej zjechać na dół, ale było za wysoko i spietrałem się. Pojechałem do stacji jakiegoś Abdula, a tam szczeka jakaś zażarta sobaka. To ja kością nad płotem, a on bach na dół, i tylko mokra plama gdzieś z niego została. Na stacji nawąchałem się kleju i pojechałem dalej.

Tam, gdzie znalazłem samochód, udało mi się wreszcie wleźć w zamknięte drzwi. Bingo! Znalazłem dwa detonatory i przyczepiłem je do bomb. Pojechałem zwiedzać dalej. Przy oknie postanowiłem zrobić psikusa — przyczepiłem minutnik do bomby, nastawiłem na pięć minut i w nogi! Po drodze coś mnie tknęło i przywiązałem łódkę do tej żyłki, co ją z góry spuściłem a potem windą na górę. Jak nie łupnie! Całe miasto zalałem, szkoda Hermita, pewnie nie umiał pływać. Wskoczyłem na krypę i płynę, a tu bach, z wody jakaś maszkara wyłazi. To ja, niewiele myśląc, bombę w kurczaka i fru mu całość do gęby. Tylko się szyja została, jak nadgryzł przekąskę.

Jedyne miejsce, do którego mogłem płynąć, to była jakaś wieżyczka. Po drodze znalazłem butelkę i nalałem do niej wody, tak gdzieś jedną czwartą. Włażę przez okno, a tam WAZA stoi i czeka! Podmieniłem ją na butelkę, do teleportu i fru, na kosmodrom, bo jakoś trzeba wracać na Ziemię. Włażę do statku, wkładam moduły na swoje miejsce, ciągnę za wajchę, a tu nic — grawitacja mu przeszkadza. Skoczyłem do budynku, naciskam guziki, ale tylko jakiegoś kangura rozkwasiłem, nic więcej. Wracam do statku, a tu bach, z jakiegoś wraku wypada zdalne sterowań ko. Wsiadłem na miejsce, zakłajstrowałem stłuczkę, co się na szybie uskuteczniła, grawitacja zniwelowana, wajcha do siebie —  ziuuuuuuu!

I co? Ano, nic. Zatonąłem u wejścia do portu. Rex się do mnie nie odzywa, Małolata się boczy, że nie chcę powiedzieć, gdzie byłem, a Naczelny pokazuje odrośniętą trawę. Nie ma nawet z kim się napić, to się przecież można zabić!

Autor: Mafia
Ocena: 12345 (0) | Głosów: 0 | Odsłon: 1097
2014-05-09 15:48:52
Zaloguj się, aby ocenić recenzję!
Nie masz konta? załóż je!

Komentarze

Brak!
Strona:

Dodaj komentarz

Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Przygody Rexa.

Zaloguj się, aby dodać swój komentarz!
Nie masz konta? załóż je!
:. Copyright by Stare.e-gry.net .: