Daleki krewny pogromcy faszystów, Blaskowitza, Nick Hunter wkracza na scenę. Do wypełnienie ma misje wymagające odwagi, zręczności i sokolego oka. Gra Terminal Terror nie jest jednak prostym plagiatem Wolfensteina. W zalewie programów wolfensteinopodobnych i doomopodobnych wyróżnia się tym, iż autorzy zapragnęli poprawić pomysły firmy ID Software. I w pewnym stopniu im się to udało. Co prawda, nie należy po Terminal Terror oczekiwać wyrafinowanej przygody intelektualnej, ale w końcu to „strzelanina", a nie gra przygodowa. Liczyć się będzie przede wszystkim refleks i manualna sprawność. Lecz, w odróżnieniu od Dooma czy Wolfensteina, w Terminal Terror nasz główny bohater, aby wypełnić cele misji - a nie sprowadzają się one do wyrżnięcia wszystkich przeciwników - będzie musiał z pewnymi osobami pogadać (i zdobyć interesujące informacje), a nawet trochę pomyśleć (!). Strzelanie do wszystkiego, co się rusza, skończy się opłakanie - zabicie przypadkowego cywila jest karane ostro i natychmiastowo.
Pewne różnice można zaobserwować w samym interfejsie użytkownika. Mianowicie w Terminal Terror staje się możliwe kolekcjonowanie ekwipunku, a więc można mieć w plecaku np. zapasowe apteczki lub broń i amunicję. I korzystać z nich wtedy, kiedy sami uznamy za stosowne.
Niestety, można mieć spore zastrzeżenia do grafiki i płynności animacji. Wnętrza budynków sprawiają wrażenie umownej makiety, a postacie przeciwników wyrysowane są topornie. Jak to się ma do Wolfensteina, gdzie mogliśmy obserwować ból czy i strach pojawiający się na twarzach Niemców? Efekty i wizualne (np. w czasie oddawania strzału) również są zupełnie niezadowalające i kto liczy na fajerwerki w stylu Dooma - ten się srodze zawiedzie.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Śmiertelny terror.