Ocena: ( 9.5 / 10 )
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Głosów: 2 Pobrano: 19 razy.
Rok 2998 czasu ziemskiego
Kiedy kilkaset lat temu ludzkości udało się opracować technologię pozwalającą odbywać podróże międzygwiezdne, wydawało się, że nastaną czasy pokoju, a wszystkie narody świata zjednoczą się w celu dokonywania wspólnych, wspaniałych pozaziemskich odkryć naukowych.
Tak się też stało, ale tylko do czasu pierwszego kontaktu z nieznaną rasą obcych istot. W ciągu jednej nocy zniszczona została cała baza na planecie Albion, a miliardy ludzi rozstały się z życiem. Cały Znany Świat zjednoczył się, a nowy rząd pod przywództwem generała Castrona wysłał w bój potężną flotę statków kosmicznych. Z frontu zaczęły docierać informacje o wyrzuceniu Obcych ze Znanego Świata. Mówiło się też o odkrytych na Albionie artefaktach. Jednak wieści te były dementowane przez rząd.
Wojna przeciągała się w nieskończoność, a większość społeczeństwa żyła na skraju nędzy. Informacje nadchodziły coraz rzadziej i były coraz mniej szczegółowe. Wreszcie wyszło na jaw, że wojna skończyła się już dawno (tuż po rozpoczęciu), a generał umacniał swoją władzę, ukrywając ten fakt przez długi czas. Wkrótce został obwołany Imperatorem. Zaczął się terror, wysiedlanie mieszkańców lub niszczenie nieprzychylnych władzy planet. Wkrótce też powstał ruch oporu. Kiedy w ręce opozycji wpadła sekretna broń, opracowana przez Imperium na bazie odkryć z planety Albion, wybuch powstania był już kwestią godzin.
Urodziłem się na planecie Caliban, tuż przy granicy Znanego Świata. Caliban służył przede wszystkim jako źródło mięsa armatniego dla oddziałów Imperium. Wkrótce też zostałem do nich wcielony, a nawet udało mi się dość szybko awansować, gdyż przełożeni od początku zwrócili uwagę na moje zdolności taktyczne i bojowe.
Gdy formowały się oddziały rebelianckie, stałem się obiektem ich zainteresowań, jako że buntownikom potrzebna była dobrze wyszkolona kadra oficerska. Ponieważ miałem dość bezsensownej walki i despotycznej władzy, bez wahania przyjąłem propozycję.
Baza
Gdy rozpoczęło się powstanie, dostałem do dyspozycji znakomity pojazd bojowy oznaczony kryptonimem Wraith, zbudowany według sekretnej technologii Imperium, którą udało się przechwycić Rebelii. Siedząc w środku, miałem zawsze doskonały podgląd na sytuację na polu bitwy. W każdej chwili mogłem też przełączyć się na widok z satelity, a nawet sprawdzić, co widzą inne jednostki sprzymierzone. Wsłuchując się w rozmowy pilotów, krzyki szturmującej piechoty i gwizdy przelatujących nisko rakiet, zapominałem o całym świecie.
Wraith okazał się maszyną którą można rozbudować. Za zarobione w misjach pieniądze wymieniłem w warsztacie szkielet opancerzenia. Poprawiłem również siłę uderzenia lasera i rakiet, mojej podstawowej broni. Gdy trafiła się większa gotówka, dokupiłem robota stawiającego miny lądowe, które miały tę ciekawą właściwość, że wybuchały tylko wtedy, gdy wjechała na nie wroga jednostka. Nieraz w warsztacie widziałem, jak inni dowódcy kupowali miotacze ognia (jak rzadko która broń niszczą budynki wroga), dyski antymaterii (czyszczą dokładnie wszystko na swojej drodze) czy system BFM9000 pozwalający na odpalanie znakomitych, samonaprowadzających się rakiet. Trafiały się też inne typy broni.
Ja jednak inwestowałem głównie w swoich podwładnych. Pod moim dowództwem znajdowały się cztery rodzaje jednostek: piechota, czołgi, myśliwce i bombowce. W miarę jak przekazywałem coraz więcej pieniędzy na zakup uzbrojenia, głównie czołgów, moje wojsko stawało się coraz doskonalsze. Piechota sprawniej wysadzała wrogie budynki, nie pozwalając się trafić, czołgi stanowiły znakomitą obronę naziemną i podstawę ataku, a bombowce - osłaniane przez szybkie i zwinne myśliwce - roznosiły w puch strategiczne punkty wroga.
Aby móc przejmować planety Imperium, należało na nich budować bazy. Niestety, grunt nie był na tyle stabilny, aby wytrzymał nacisk ciężkich budynków. Budowle trzeba było stawiać na utwardzonych powierzchniach; w każdej misji było zwykle tylko kilka takich miejsc, oddalonych od siebie. Należało więc się spieszyć, by nie zajął ich wróg.
Każda budowa bazy rozpoczynała się od postawienia Cytadeli, czyli centrum dowodzenia i zarazem pierwszego elementu obronnego. Później należało jak najszybciej zbudować kilka wieżyczek obronnych. Ponieważ mogły być najwyżej trzy na bazę, więc na początku stawiało się dwie naziemne i jedną do obrony przeciwlotniczej. Potem, gdy przybywało jednostek, zwykle sprzedawało się te naziemne (o ile nie zostały wcześniej zniszczone) i dokupowało przeciwlotnicze.
Gdy obrona bazy była zapewniona, przychodził czas na budynki. Podstawą był „power building", generujący energię używaną do produkcji oddziałów i kolejnych budynków. Stał do momentu, aż wytworzył wszystko. Potem, ponieważ ilość wolnego miejsca pod zabudowę była ograniczona, sprzedawało się go i na jego miejsce stawiało kolejną fabrykę sprzętu - każdy rodzaj jednostki bojowej miał swoją własną. Jeśli na całej planecie istniały już co najmniej dwie fabryki tego samego rodzaju, można było dobudować punkt zaopatrzeniowy dla jednostek danego typu, dzięki czemu te nowo utworzone były lepiej wyszkolone i uzbrojone.
Jeśli miałem dwa „power buildings", mogłem zaczynać budowę budynku KSAT. Zamontowana na jego szczycie antena zbierała energię pochodzącą ze wszystkich moich Cytadel na planecie, a następnie koncentrowała ją na budowli wroga, siejąc ogromne spustoszenie. Niestety, miało to wadę: potrzebne były ogromne ilości energii. Przeciwnik też mógł używać podobnych budynków - weszło mi już w krew niszczenie ich jako pierwszych.
Do ataku!
Jednym z ważnych udogodnień Wraitha był tzw. trójkąt energetyczny. Dzięki niemu mogłem rozdysponować energię pojazdu między broń, osłony i napęd, w zależności od tego, na czym mi w danej chwili zależało.
Dzięki specjalnemu systemowi teleportacyjnemu Wraitha mogłem też przywoływać jednostki w sam środek bitwy. Wystarczyło podkraść się do bazy przeciwnika, namierzyć pusty fragment powierzchni i przeteleportować tam jednostkę - oczywiście, najlepiej od razu kilka. Było to możliwe tylko dzięki postawieniu wielu budynków, ponieważ w fabryce może przebywać tylko jedna jednostka - dopóki tam pozostaje, blokuje dalszą produkcję. Na szczęście proces jest automatyczny i, kiedy zwalnia się miejsce, nie trzeba ręcznie uruchamiać produkcji. Na pierwszy ogień oprócz KSAT szły Cytadele - wraz z ich zniszczeniem znikały wszystkie wrogie wieżyczki obronne. Dalej to już „bułka z masłem". Wystarczyło wybić wrogą armię, nie dopuszczając do wybudowania nowej Cytadeli, oraz zbombardować budynki lub podłożyć materiały wybuchowe. Kiedy teren został oczyszczony, mogliśmy zacząć budowę własnej bazy.
Czasem zdarzało się, że podczas misji brakowało surowców. Na szczęście jedną z wielkich zalet Rebelii była doskonała sieć zaopatrzeniowa. Dostawy jednostek, energii czy nawet czasem systemów naprawczych dla mojego Wraitha pozwalały mi przetrwać te ciężkie chwile.
Misje trafiały się różne. Oprócz tych podstawowych (zajęcie całej planety) zdarzały się też patrole, osłona własnych jednostek czy zniszczenie obcego transportu.
Wojna trwała wiele lat. Jednak nie był to czas stracony, gdyż Imperium zostało pokonane. Dziś młodsze pokolenie może - na pamiątkę tamtych wydarzeń - dokonywać podobnych czynów na specjalnie w tym celu stworzonym symulatorze Uprising. Co ciekawe, w symulatorze misje w każdej kolejnej kampanii są losowe i, niestety, nie odzwierciedlają tamtej rzeczywistości, ale za to zapewniają o wiele dłuższą rozgrywkę.
Sztuczna Inteligencja dorównuje inteligencji prawdziwych oddziałów Imperium, co sprawia, że stopień trudności gry jest dosyć wysoki. Zawsze powtarzam moim uczniom w szkole oficerskiej: „Bądź szybki w zajmowaniu terenu - nawet niewielkie opóźnienie oznacza ciężką walkę". Wyszkoleni adepci mogą nawet łączyć się przez sieć i w kilku rozgrywać pojedynki między sobą- daje im to znakomity trening przed rzeczywistym działaniem w terenie, choć mam nadzieję, że wojna dalej będzie się toczyć tylko na wirtualnych polach bitew...
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Powstanie.