Zoola znają właściwie wszyscy - pojawił się kilka (czy nawet kilkanaście bądź więcej) lat temu na Amidze, od tamtego czasu wypuszczono już jego następcę i wersję na peceta, że wspomnę tylko o tym, co widziałem na własne oczy. Zool od samego początku był grą bardzo udaną, kolorową, ładną i dynamiczną, należało się spodziewać jego przeniesień na konsole - i właśnie doczekaliśmy się wersji na Super Nintendo.
Zool to taki stworek (może mrówek?), poruszający się po kolejnych poziomach bardzo dziwnych światów - na przykład cukierkowych. Przeszkadzają mu w tym inne, równie dziwne stworki, z gatunku tych, którym wystarczy wejść na głowę, żeby pękły, hukły i zniknęły. Zool potrafi też skakać, wirować, łapać się pionowych ścian i robić piłkarski wślizg, który znakomicie pomaga w usuwaniu co bardziej przeszkadzających paskud. W sumie - nic nowego, podobnych w założeniach gier było już dużo, ale Zool jest zrealizowany bardzo sprawnie, gra się szybko, grafika jest znakomita, a i muzyka mieści się w górnej strefie stanów wysokich (w Zawichoście przybyło 5, a kto nie wie, o co chodzi niech zapyta starszych albo posłucha radia w samo południe). Takie połączenie sprawnej roboty programistów i innych speców powoduje, że gra w Zoola sprawia dużą frajdę i warta jest polecenia nawet drewnianorękim.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji Zool.