Ocena: ( 9.22 / 10 )
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Głosów: 9 Pobrano: 126 razy.
Są gry, przy których łza się w oku kręci... WC1 to dla mnie jedna z nich. Ale do rzeczy. Mamy rok 2654 (or something), wojna z Kilrathi dopiero się rozkręca. Jako młody oficer dostajesz przydział na Tiger's Claw i zaczynasz latać na myśliwcach. Cała reszta - jak to w Wing Commander-ach, składa się z krótkich (lub długich) przerywników, podczas których można pogadać z innymi pilotami, dowiedzieć się czegoś o taktyce walki, uzyskać jakiś awansik albo odznaczenie za szczególne zasługi na polu walki. Po staremu lotem sterować można z klawiatury, joystickiem lub myszą, strzelając do statków Kilrathi kilkoma rodzajami dział (o ile laser to też działo) i kilkoma rodzajami rakiet. Jak to zresztą zwykle bywa, wyposażenie pilotowanego statku zależy od jego typu i od typu wykonywanej misji.
Po całości niestety widać ząb czasu - i dźwięk, i grafika są na poziomie niektórych dzisiejszych gier shareware. Co śmieszne, gra na 486 jest za szybka (pamiętacie, jakie miała wymagania sprzętowe te kilkanaście czy więcej lat temu? Nie było na czym jej puścić...) i na moim komputerze bez wyłączenia turbo po prostu nie daje się jej opanować. Mimo to właśnie przed chwilą zorientowałem się, że jest już druga w nocy, a ja od czterech godzin gram i gram... Amiałem tylko zrzucić screeny! Czyli - mimo cienizny technicznej Wing Commander 1 nadal wciąga. I po staremu można go uruchomić z parametrami: wc.exe Origin -k żeby kombinacją alt-del zabić każdego zablokowanego wroga.
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji WC.