"Jajcarski bohater."
Dizzy jest już postacią wiekową z racji wydania piętnastu, jak dotąd, gier z jego udziałem. Tworzone są fansite'y opisujące bohaterów oraz świat, w którym będziemy rozwiązywać najtrudniejsze zagadki. Prince of The Yolkfolk to ósma już część przygód zabawnego jajka. Naszym głównym zadaniem będzie ratunek Daisy - ukochanej Dizziego. W drodze do zdobycia celu natkniemy się na wiele zabawnych sytuacji, na przykład - ogra, który boi się mały, puszystych zwierzątek.
Niestety mało można powiedzieć o owej grze, gdyż jest ona prostą, a zarazem trudną, platformówką z elementami zręcznościowymi.
Graficznie Codemasters trafili w dziesiątkę. Świat został przedstawiony troszkę baśniowo, tworząc przy tym efekt toczącej się przed nami bajki. Co się jednak tyczy dźwięku - mnie, osobiście, zawiódł. Po dłuższym czasie staje się monotonny i drażniący ucho, choć czego można było się spodziewać po roku 1990?
Wieniec laurowy należy się autorom za idealne rozmieszczenie przedmiotów po świecie. Gracz musi się wykazać nie lada kreatywnością, pomysłowością i wyobraźnią, by wykonać niektóre zadania. Poziom samej rozgrywki może być różny w stosunku do każdego gracza, bowiem każdy człowiek jest inny. Mimo to, nie jest to gra, którą przejdziesz w pięć minut, choć tuszę, że są tacy zapaleńcy (szaleńcy).
Sterowanie Dizzym także dawało dużo do myślenia. Kilkukrotnie w trakcie grania, miałem problem z wydostaniem się do danego obszaru. Ciężko było też skakać na pomniejsze powierzchnię, bo kochane jajeczko było zbyt "rozturlane". Wielokroć przez to lądowałem w wodzie lub ponownie na najniższych partiach świata, co było dla mnie wielce denerwujące.
Nie zważając na powyższe zdania, skłonny byłem dać grze ocenę równą 8, ponieważ mam pewną dozę sentymentalizmu do tej gry, co jest, owszem, wielce subiektywne, lecz cóż poradzić? Koniec końców, każdy, kto jest fanem Dizziego, sięgnie po ów omawiany tytuł, a ci, którzy pragną wytężenia mózgu po wakacjach, również znajdą w tej pozycji coś dla siebie.