Ocena: ( 8.89 / 10 )
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Głosów: 9 Pobrano: 119 razy.
Symulatorem lotu to Strike Commander raczej nie jest. Bardziej jest to symulator walki powietrznej z elementami strategicznymi, tak samo zresztą jak Wing Commander. Tak więc latamy w kolejnych misjach składających się z serii pojedynków powietrznych i bombardowań (pomiędzy którymi przelatujemy z pomocą autopilota działającego analogicznie jak w Wing Commander), a w przerwach zakupujemy nową broń i załatwiamy kontrakty.
Latamy na zmodyfikowanym modelu samolotu szturmowego F-16, samą symulację zrobiono całkiem nieźle. Co prawda wejście w korkociąg jest niemożliwe, ale przy niezbyt skomplikowanych manewrach samolot zachowuje się poprawnie.
Broń, którą dysponujemy to rakiety Sidewinder i AM-RAAM, bomby GBU, kasetowe, Durandal (do niszczenia pasów startowych) oraz znane nam nie od dzisiaj pociski Maverick i zwykłe niekierowane rakiety. Zachowanie broni dosyć dobrze naśladuje rzeczywistość: np. Sidewindera można ogłupić uciekając w słońce. Dostępne są, tak jak w prawdziwym F-16, dwa tryby zrzucania bomb: automatyczny i ręczny. Co najciekawsze możemy również zobaczyć broń i samoloty przeciwników, dzięki czemu wiadomo czy do nas strzelają, czy rzucają flary, czy też uciekają na pełnym gazie do domu.
Gra specjalnie trudna nie jest: w ciągu dwóch tygodni udało się nam przejść około dwudziestu misji — co jest równoważne jakimś czterem akcjom dywizjonu Wildcats w którym latamy. Pomiędzy scenariuszami możemy dodatkowo odbywać pogaduszki z pilotami, wprowadzające nas w klimat i wydarzenia dywizjonu. Przez kilka pierwszych misji jesteśmy tylko niewiele znaczącym pilotem, lecz wreszcie ginie nasz szef, co pozwala przejąć jego obowiązki: musimy troszczyć się o zakup broni, jeździć do miasta po kontrakty, odbywać konferencje z księgowym dywizjonu itd.
Zobacz także:
Strike!
Opis gry
"Crysis" tamtych czasów, zabójca 386 i swojego twórcy
Tu możesz podzielić się swoją opinią na temat recenzji SC.